Szabat jak oblubienica, czego chrześcijanin uczy się od żydowskiego zwyczaju witania soboty
Żydzi od wieków witają sobotę wołaniem „Przyjdź, Oblubienico\". Skąd ten zwyczaj, gdzie się urywa i co z niego zostaje dla chrześcijanina, który wie, że Panem szabatu jest Chrystus.
„A czego ci właściwie nie wolno?". To zwykle pierwsze pytanie, gdy ktoś usłyszy, że święcisz szabat. Zakładamy z góry, że chodzi o listę zakazów. A teraz wyobraź sobie zupełnie inny obraz: człowiek wybiega o zmierzchu przed dom, odświętnie ubrany, i woła w stronę zapadającego wieczoru: „Przyjdź, Oblubienico!". Tak od wieków witają sobotę Żydzi. To nie jest obraz z Biblii i nie będziemy udawać, że jest. To zwyczaj, który wyrósł w tradycji żydowskiej. Warto go poznać, bo mówi coś prawdziwego o siódmym dniu, a potem zapytać, co z niego zostaje dla chrześcijanina.
Jak Żydzi witali sobotę
Zwyczaj jest stary i dobrze udokumentowany. Rabin Chanina, żyjący w I wieku, o zachodzie słońca wkładał najlepszą szatę i wołał: „Chodźcie, wyjdźmy powitać Królową Szabat". Rabin Jannaj, ubrany tak samo, witał nadchodzący wieczór słowami: „Przyjdź, Oblubienico, przyjdź, Oblubienico". O rabinie Judzie ben Ilaj opowiadano, że w piątek przynoszono mu misę gorącej wody, obmywał twarz, ręce i stopy, po czym siadał owinięty w lniane szaty z frędzlami „jak anioł Pana Zastępów"1.
Cały piątek biegł ku tej jednej chwili. W dawnych gminach nadejście szabatu ogłaszał sługa synagogalny sześcioma dęciami w róg: pierwsze wzywało, by przerwać pracę w polu, drugie, by zamknąć sklepy w mieście, trzecie, by zapalić światła. Potem następowała przerwa mniej więcej tak długa, jak upieczenie małej ryby, i szła seria ostatnich dęć. Pracę należało skończyć co najmniej pół godziny przed zachodem2. Wreszcie zapalano lampy, a robiła to gospodyni domu, i wtedy, jak pisze Abraham Joshua Heschel, żydowski myśliciel XX wieku, szabat „dawał się namacalnie odczuć jako przybyły"3.
Przygotowanie ważne jak sam dzień
W tej tradycji przygotowanie nie jest przedsionkiem święta, lecz jego częścią. Heschel przytacza dawne pouczenie, które tłumaczy dlaczego:
„Obowiązkiem każdego człowieka jest wielka, wielka gorliwość w przygotowaniach na dzień szabatu, skwapliwość i pilność właściwa komuś, kto usłyszał, że królowa przybywa przenocować w jego domu albo że przyjeżdża narzeczona z całym orszakiem. Cóż taki człowiek zrobi? Ucieszy się ogromnie i zawoła: «Jaki to zaszczyt, że przychodzą zamieszkać pod moim dachem!». Powie sługom: uprzątnijcie dom, wysprzątajcie go, przygotujcie posłania na ich przyjście, a ja pójdę kupić chleb, mięso i ryby, wszystko, co da się zdobyć na ich cześć. I będzie krzątał się przy szabatowym jedzeniu, choćby miał tysiąc sług"4.
Sześć dni nie jest więc workiem czasu, z którego szabat wyjęto na koniec. Przeciwnie, cały tydzień ciąży ku temu jednemu wieczorowi, jak narzeczony liczący dni do ślubu.
Bóg, który prosi o jeden dzień
Najpiękniejsze w tej tradycji nie są jednak obyczaje, lecz to, co przez nie prześwituje. Szymon ben Lakisz zestawił kiedyś Boga z ziemskim władcą, i wyszło mu coś zaskakującego. Nawet król uważający się za światłego powie sługom: pracujcie jeden dzień dla siebie, a sześć dla mnie. Bóg mówi Izraelowi odwrotnie: „Dzieci moje, zatrzymajcie sześć dni dla siebie, a tylko jeden dzień zachowajcie dla Mnie"5.
Modlitwa otwierająca szabat w piątkowy wieczór nazywała ten dzień dziedzictwem: „dałeś nam swój święty szabat w dziedzictwo". Warto zwrócić uwagę na drobiazg gramatyczny, który mówi więcej niż całe zdanie. Ten sam czasownik pada w modlitwie dwa razy: raz w formie dokonanej, jako stwierdzenie, że dar już został dany, a raz w trybie rozkazującym, jako prośba, żeby Bóg dawał go dalej. Szabat jest więc czymś otrzymanym z łaski i zarazem czymś, o co się prosi, żeby nie przestało być nasze6.
Gdzie ta tradycja się urywa
Trzeba jednak powiedzieć od razu i uczciwie, że nie wszystko w tej tradycji da się przejąć. Literatura rabiniczna jest przede wszystkim literaturą prawną: pisano w niej o tym, co dozwolone i co zakazane, żeby przejść przez zamęt świata, nie uderzając o żadną ścianę7. Piękny obraz oblubienicy sąsiaduje więc z długimi listami przepisów.
Poważniejsze jest co innego. Rabin Jochanan powtarzał w imieniu Szymona ben Jochaj, że gdyby Izrael zachował dwa szabaty zgodnie z przepisami, zostałby natychmiast odkupiony, a rabin Lewi mówił, że wystarczyłby jeden dzień właściwie zachowany, by przyszedł syn Dawida. Dzień miał więc dźwigać ciężar, którego żaden dzień nie udźwignie: warunek odkupienia. Ta sama modlitwa, która nazywa szabat dziedzictwem, dodaje przy tym, że Bóg „nie dał go narodom świata"8.
I dokładnie tu chrześcijanin musi się zatrzymać. Nie dlatego, że obraz jest zły. Dlatego, że jest niedokończony.
Cień i rzeczywistość
Paweł użył kiedyś obrazu, który tu pasuje jak ulał, choć mówił wtedy o ceremoniach kalendarza świątecznego, a nie o siódmym dniu; osobny artykuł serii jest temu poświęcony. Obraz brzmi tak: pewne rzeczy „są cieniem rzeczy przyszłych, ciałem zaś jest Chrystus" (Kol 2,17). Zwróćmy uwagę, jak ten obraz działa. Cień nie jest tą rzeczą. Ale cień jest dowodem, że rzecz istnieje i że stoi w świetle. Nie ma cienia bez ciała.
Żydowska tradycja witała dzień tak, jakby był kimś. I nie myliła się co do tego, że ktoś przychodzi. Myliła się tylko co do tego, kto. Bo Pismo nigdzie nie nazywa szabatu oblubienicą. Oblubieńcem nazywa Chrystusa, i to Jego własnymi słowami: „Czy goście weselni mogą pościć, gdy z nimi jest oblubieniec?" (Mk 2,19). Tak samo mówił o Nim Jan Chrzciciel: „Kto ma oblubienicę, ten jest oblubieńcem" (J 3,29). A oblubienicą Pismo nazywa lud Boży, i to na ostatnich kartach Biblii: „nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się" (Ap 19,7). Paweł powie wprost, że małżeństwo jest obrazem więzi Chrystusa i Kościoła (Ef 5,31–32).
Rzeczywistością jest więc Osoba, nie dzień. A jednak cień wciąż pada, i pada na Jego dzień, bo to On sam powiedział o sobie: „Syn Człowieczy jest Panem również szabatu" (Mk 2,28). Nie witamy zatem soboty. Witamy Pana soboty, w dniu, który nazwał swoim. Rzecz znamienna, że Marek umieścił słowa Jezusa o Oblubieńcu tuż obok dwóch sporów o szabat (Mk 2,23–3,6), jakby chciał, byśmy czytali jedno w świetle drugiego.
To zarazem rozwiązuje obie rzeczy, na których tradycja się urywała. Dzień przestaje być warunkiem odkupienia, bo Odkupiciel już przyszedł i to On zaprasza. I przestaje być dziedzictwem jednego narodu, bo na wesele Baranka zaproszeni są wszyscy: „Błogosławieni, którzy są zaproszeni na weselną ucztę Baranka" (Ap 19,9).
Jest w tym jeszcze piękna odwrotność. W żydowskim domu to gospodarz przygotowuje się na przyjście soboty-oblubienicy. W Apokalipsie role są odwrócone: przygotowuje się oblubienica, a jest nią lud Boży. Cotygodniowe szykowanie domu na szabat okazuje się więc obrazem czegoś większego: całego życia, w którym przygotowujemy serce na spotkanie z Tym, który nas pokochał pierwszy.
Randka, nie regulamin
Wróćmy do pierwszego pytania. „Czego mi nie wolno?" zakłada, że szabat to regulamin. Ale nikt nie wychodzi po ukochaną osobę z regulaminem w ręku. Zakochany nie pyta, jakie jest minimum, które musi zrobić; pyta, jak najlepiej być razem. Owszem, zostają konkretne ramy: odłożona przed zachodem praca, wyciszony telefon, czas oddany rodzinie i Bogu. To jednak nie kraty, lecz nakryty stół. Każde „nie" szabatu chroni jakieś większe „tak".
Talmud zachował rozmowę, która dobrze to pointuje. Rabin Juda Książę podjął rzymskiego dostojnika Antoninusa posiłkiem w szabat. Podano dania zimne, a gość uznał je za wyśmienite. Gdy przy innej okazji ten sam gospodarz ugościł go w dzień powszedni potrawami gorącymi, Rzymianin powiedział, że tamte smakowały mu bardziej. Rabin odpowiedział, że brakuje im pewnej przyprawy. Zdziwiony Antoninus zapytał, czy w cesarskiej spiżarni czegoś brakuje. „Brakuje im szabatu". I padło pytanie, które zamyka rozmowę: „a ty masz szabat?"9.
Dla Rzymianina było to pytanie bez wyjścia. Dla chrześcijanina nie jest. Ten sam Pan, którego wtedy jeszcze nie znano po imieniu, mówi dziś do każdego: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni" (Mt 11,28). Szabat to nie jeden dzień przymusu w tygodniu pełnym wolności. To jeden dzień wolności w tygodniu pełnym przymusu, cotygodniowe spotkanie umówione przez samego Boga. Można na nie nie przyjść. Ale kto raz przyjdzie i zobaczy, że po drugiej stronie stołu czeka Oblubieniec, przestaje pytać, czego mu nie wolno. Zaczyna liczyć dni do następnego razu.
Przypisy
- Robert M. Johnston, „The Rabbinic Sabbath", w: Kenneth A. Strand (red.), The Sabbath in Scripture and History, rozdz. 4; opowieści o rabinie Chaninie i rabinie Jannaju podaje też Jo Ann Davidson, Rediscovering the Glory of the Sabbath, rozdz. 3. ↩
- Johnston, „The Rabbinic Sabbath", rozdz. 4. ↩
- Abraham Joshua Heschel, The Sabbath: Its Meaning for Modern Man, rozdz. VII. ⚠ Heschel jest tu głosem z tradycji żydowskiej i tak też został w tekście nazwany; przytaczane przez niego pouczenia to aggada, nie egzegeza Pisma. ↩
- Dawne pouczenie o przygotowaniach do szabatu, przytoczone przez Heschela, The Sabbath, rozdz. VII. ↩
- Szymon ben Lakisz; za: Davidson, Rediscovering the Glory of the Sabbath, rozdz. 3. ↩
- Tamże, rozdz. 3. ↩
- Tamże, rozdz. 3. ↩
- Modlitwa otwierająca szabat, cytowana tamże, rozdz. 3. ↩
- Rozmowa rabina Judy Księcia z Antoninusem; za: Johnston, „The Rabbinic Sabbath", rozdz. 4. ↩
Bibliografia
- Jo Ann Davidson, Rediscovering the Glory of the Sabbath, linie 565–567 (rabin Chanina i rabin Jannaj; Szymon ben Lakisz o sześciu dniach dla ludzi i jednym dla Boga; modlitwa o szabacie jako dziedzictwie wraz z uwagą o formach czasownika; rabin Jochanan i rabin Lewi o szabacie jako warunku odkupienia; literatura rabiniczna jako literatura prawna)
- Kenneth A. Strand (red.), The Sabbath in Scripture and History, s. 83–86 (Robert M. Johnston, „The Rabbinic Sabbath": sześć dęć w róg, przerwanie pracy przed zachodem, szaty szabatowe, Antoninus i rabin Juda Książę)
- Abraham Joshua Heschel, The Sabbath, its meaning for modern man, PDF s. 75–76 (dawne pouczenie o przygotowaniach, przytaczane przez Heschela; rabin Juda ben Ilaj; zapalanie świateł przez gospodynię). ⚠ Heschel jest tu głosem z tradycji żydowskiej, przywołanym z nazwiskiem, a przytaczane przez niego pouczenia i opowieści są aggadą, nie egzegezą Pisma, i tak są w artykule nazwane.
- Ciężar tezy niosą teksty biblijne: Mk 2,19.28; Mk 2,23–3,6; J 3,29; Ap 19,7.9; Ef 5,31–32; Mt 11,28. Kol 2,17 użyty wyłącznie jako obraz cienia i ciała; egzegeza tego tekstu, wraz z wykazaniem, że mowa tam o szabatach kalendarza świątecznego, a nie o siódmym dniu, stoi w artykule o Kolosan 2,16.